„Trzeba wykorzystywać szanse, które dostajemy” – rozmowa z Aleksandrą Mostowską
Aleksandra Mostowska, reprezentująca Kolegium Sędziów Wielkopolskiego ZPN, w czerwcu i lipcu miała okazję pracować na turnieju Mistrzostw Europy Kobiet do lat 19. Wielkopolska arbiter dotarła do samego finału, będąc asystentką w meczu Niemek z Hiszpankami. Jak z perspektywy kilku tygodni wspomina turniej w Bośni i Hercegowinie? Jak wyglądała jej droga do decydującego meczu kontynentalnego czempionatu?
Rafał Wandzioch • 06.08.2026
Jak rozpoczęła się droga do finału Mistrzostw Europy? Skąd pomysł, na zostanie sędzią piłkarską?
Tak naprawdę to nawet nie był mój pomysł, a mojej przyjaciółki. To ona, kilka lat po tym jak skończyłyśmy grać w piłkę zaproponowała, żeby zapisać się na kurs. Jednak na początku nie wiązałam z tym większych oczekiwań – zakładałam, że posędziujemy mecze orlików i ta przygoda będzie wyglądała w ten sposób. Potoczyło się jednak zupełnie inaczej.
To jak ten pierwszy seniorski mecz wyglądał? Ma pani z nim związane jakieś wspomnienia? Pojawiła się jakaś obawa przed prowadzeniem meczów mężczyzn?
Nie, nie miałam takich myśli. Nigdy nie odróżniałam meczu męskiego od kobiecego. Nie zastanawiałam się też przed debiutem przesadnie nad tym, czy panowie będą chcieli mnie słuchać – tym bardziej, że nie byłam na środku. Od początku mojej kariery wiedziałam, że chcę pracować jako asystentka. W związku z tym nie muszę zbyt często rozmawiać z zawodnikami. To natomiast pozwalało skupić się wyłącznie na wykonywaniu mojej pracy.
Z tego pierwszego meczu pamiętam, że miałam wrażenie, że wszystko dzieje się niezwykle szybko. Dziś trochę chce mi się z tego śmiać, bo wiem że to tempo nie było najwyższe, ale wtedy odczucia były zupełnie inne. Wydawało się, że jest niezwykle dynamicznie i każdą decyzję muszę podejmować w mgnieniu oka. Dziś mam porównanie chociażby z meczami na szczeblu Drugiej Ligi i wiem, że tamten futbol nie należał do najszybszych.
Skąd taka szybka specjalizacja w pracy w roli asystentki?
Trudno mi powiedzieć. Pamiętam, że jeszcze gdy grałam w piłkę to zawsze obserwowałam pracę sędziów asystentów i zawsze ta rola mi się podobała. Jakoś tak wyszło, że sędzia główny nigdy nie przyciągał mojej uwagi. Wiem, że to trochę dziwne, bo zazwyczaj jest na odwrót i wszyscy patrzą na arbitra podejmującego ostateczne decyzje, ale ja od początku chciałam się realizować z chorągiewką. Dziś wiem, że w tej roli czuję się znacznie bardziej komfortowo niż na środku – bo oczywiście takie doświadczenia, jak każdy sędzia, również mam za sobą. Podjęłam świadomy wybór i jestem z niego zadowolona. Ta praca odpowiada też moim warunkom fizycznym i motoryce – wymaga szybkiego i dynamicznego poruszania się a to ruch, który lubię.
Przechodząc już to turnieju Mistrzostw Europy do lat 19 – jak wygląda on z perspektywy sędzi? Jesteście skoszarowane jak na turniejach seniorskich, czy też UEFA daje trochę więcej „luzu”?
Wydaje mi się, że pod tym względem jest bardzo podobnie. Oczywiście nie można porównywać turnieju seniorskiego do turnieju młodzieżowego, bo jest to zupełnie inna skala, natomiast założenia są takie same. Jeśli miałabym jednym słowem opisać jak to wygląda, byłaby to rutyna. Każdy dzień wygląda podobnie, co bardzo pomaga utrzymać się w rytmie i koncentracji. Każdego dnia jest jakiś trening i szkolenie odnośnie konkretnego tematu. Są także sesje z fizjoterapeutą i masażystą. Mamy wspólne pomeczowe briefingi, na których omawiamy z obserwatorem bardzo szczegółowo wydarzenia meczowe, oglądamy klipy i staramy się wyciągać wnioski na przyszłość.
Można w skrócie powiedzieć, że te dni, w których nie ma meczu są do siebie bardzo podobne. Funkcjonujemy w zamkniętej bańce, by mieć jak najmniej bodźców, które mogą nas rozproszyć.
Na tym turnieju wyjątkowo zespoły sędziowskie złożone były z przedstawicieli różnych krajów. Jak wpływa to na dynamikę pracy? Czy jedyną różnicą jest kwestia językowa?
Byłoby super, gdyby chodziło wyłącznie o język. To chyba były pierwsze mistrzostwa, gdzie nie było praktycznie duetów z jednego kraju – w zasadzie był tylko jeden z Czech. Na poprzednich turniejach było więcej „par”, gdzie sędzia główna i jedna asystentka pochodziły z tego samego kraju, a teraz prawie każda z sędzi reprezentowała inną federację. W związku z tym przed każdym meczem trzeba się było dopasowywać, bo zmieniały się także zespoły, w których pracowałyśmy. To nie tak, że wystarczy zmienić język, bo każda sędzia ma trochę inny styl pracy, inny poziom faulu i wymaga czego innego od asystentki – a my musimy się do tego dostosować, bo na tym również polega ta praca.
Za każdym razem przed spotkaniem miałyśmy odprawy z sędzią główną, w czasie których zespół miał okazje się poznać. Zazwyczaj miało to formę prezentacji i na klipach omawiałyśmy wspólnie konkretne przypadki. Wtedy arbiter główna miała okazję powiedzieć, czego oczekuje w danej sytuacji i kiedy potrzebuje jakich komunikatów. Wydaje mi się, że ta adaptacja była najtrudniejszą rzeczą na tym turnieju. Musimy się zgrać z sędzią główną, mimo tego, że ten pierwszy wspólny mecz to jednocześnie jednym z naszych najważniejszych w dotychczasowej karierze.
A w którym momencie pojawiło się poczucie, że na tym turnieju może Pani zajść daleko? Pojawiła się w ogóle taka myśl?
Jadąc na ten turniej nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do meczów, na które zostanę obsadzona. Oczekiwania miałam wyłącznie wobec siebie i tego, jak się zaprezentuje. Wiedziałam, że na pierwszym sprawdzeniu kondycyjnym muszę zrobić wszystko żeby dobrze wypaść, później żeby wypaść jak najlepiej w pierwszym meczu i utrzymać ten poziom w kolejnych. Oczekiwania miałam więc wyłącznie wobec tego, co zależy ode mnie – a na obsadę meczową nie miałam żadnego wpływu.
Byłam zadowolona z wejścia w turniej i wiedziałam, że moim zadaniem jest ten poziom utrzymać. Paradoksalnie najważniejszymi meczami były te w fazie grupowej, bo one decydowały o tym, co potem się wydarzy. Oczywiście, koncentrację trzeba było utrzymać przez cały turniej, ale to dobre wejście również było istotne. Chodziło o to, żeby w kolejnych meczach nie zaprzepaścić tego, co udało się zrobić na samym początku.
Prawdę mówiąc nawet gdybym pojechała do domu po fazie grupowej nie miałabym do siebie pretensji. Wiedziałam, że każdego dnia dawałam z siebie wszystko – na każdym szkoleniu, treningu czy meczu – a pozostałe decyzje były poza moją mocą.
Udział w turnieju był jednak dłuższy, bowiem zakończył się na meczu finałowym. Jaka była Pani reakcja gdy ogłoszono wam tę informację?
Była czysta radość. Nie czułam presji związanej z finałem – to był już piąty mecz turnieju i taki moment, że gdy otrzymałam tę informację była we mnie wyłącznie radość i może jakieś lekkie rozczulenie. Wiedziałam, że co miałam zrobić już zrobiłam, a teraz trzeba po prostu wyjść na boisko, być skoncentrowanym i podejmować dobre i mądre decyzje. Z jednej strony finał to finał, ale też trzeba do niego podejść jak do każdego innego meczu.
Oczywiście był też smutek, bowiem trzeba pożegnać resztę osób, które tego powołania nie dostały. Tak zresztą było po każdej fazie turnieju. Po rozegraniu meczów grupowych do domu pojechało osiem osób, po półfinałach kolejne cztery i tak zostałyśmy tylko w czwórkę. Dlatego też te momenty to z jednej strony radość, bo słyszy się swoje nazwisko, a z drugiej smutek, bo kolejne osoby trzeba pożegnać ze świadomością, że one tej radości nie odczuwają.
Rozmawialiśmy o emocjach, to przejdźmy do wspomnień – jakie najmocniej utkwiło w Pani głowie jeśli chodzi o turniej i mecz finałowy?
Z finału na pewno zapamiętam wyjście na boisko, prezentację drużyn, hymny. To jest taki moment, w którym człowiek może jeszcze złapać trochę otoczki, bo nie jest jeszcze na sto procent skoncentrowanym. Jest jeszcze przestrzeń, by trochę odpłynąć myślami i zwyczajnie cieszyć się z tego gdzie się znajduje. Później taki moment przychodzi dopiero po ostatnim gwizdku – wtedy człowiek może ponownie dopuścić do siebie te emocje.
W trakcie meczu, którego sędziowanie oczywiście jest przyjemne, trzeba być jednak w pełni skupionym na zadaniu. Nie możesz sobie dać nawet chwili na myśli o tym, że fajnie być w tym miejscu i się rozluźniać. Oczywiście, tym meczem trzeba się cieszyć, ale przede wszystkim trzeba być skoncentrowanym przez pełne 90 minut.
A jaką naukę wyciągnęła pani z tego turnieju w Bośni i Hercegowinę, która może się przydać zarówno w kolejnych latach kariery, jak i młodym sędziom, dopiero zaczynającym z gwizdkiem lub chorągiewką?
Myślę, że takim wnioskiem jest to, że ciężka praca jednak popłaca, ale trzeba też wykorzystywać szanse, które dają ci inni. Dużo ludzi ciężko pracuję, ale w momencie, gdy otwierają się jakieś drzwi trzeba zrobić wszystko, by to wykorzystać. Nie byłoby mnie na tym turnieju, gdyby ktoś dużo wcześniej nie dał mi szansy zostania zauważoną najpierw na krajowych, a potem międzynarodowych boiskach. Gdyby Michalina Diakow, sędzia międzynarodowa z Wielkopolski, nie dała mi szansy i nie zabierała mnie, niedoświadczonej wtedy sędzi, na kolejne mecze, nie miałabym możliwości się pokazać. Pracując czy to przy pojedynczych meczach Ligi Mistrzyń, czy też spotkaniach drużyn narodowych oraz Turniejach Młodzieżowych ktoś mógł zobaczyć jak pracuję i dać mi następne szanse.
Dlatego też myślę, że niezwykle ważnym jest wykorzystywanie możliwości, które dają nam inni, słuchanie ludzi, którzy są mądrzejsi i bardziej doświadczeni oraz korzystanie z ich wskazówek i rad. Jednocześnie nigdy nie zapominam o osobach dzięki którym jestem w tym miejscu i zawsze będę im za to wdzięczna.
rozmawiał Rafał Wandzioch